Skończyło się zadowolenie z rodziny.. Mimo ich plusów, minusy zaczynają mnie wkurzac ;/
Dziś dostałam zjebkę za to, że upomniałam się o kieszonkowe (!)
nie lubię pytania o kasę, no ale sytuacja była wyjątkowa bo jutro muszę za szkołę zapłacić, a oni się obruszyli.. I najepsze, ze nie dali mi ;/ była umowa, ze płacą mi co tydzień, a jeszcze ani razu nie dostałam kasy na czas ;/
i tak jest nie tylko z pieniędzmi - masakra u nich z jakimkolwiek planowaniem - porozmawiamy wieczorem kończy sie rozmową tydzień później, o swoich wyjściach i planach nie raczą mnie uprzedzać wczesniej, tylko tuż przed ich realizacją, wiecznie spóźnieni, niesłowni...
I miałam rację co do miesiąca z taryfą ulgową.. Zaczynają wymagać więcej i więcej w krótkim okresie czasu (a oczywiście jeśli nie zdążę, to kończę po godzinach)..
Najchętniej zmieniłabym rodzinę, bo poza wyżej wymienionym ta ma jeszcze taką wadę jak język.. Dalej mi się to daje we znaki..
wtorek, 26 października 2010
sobota, 23 października 2010
Oj, marnie ja widzę swoją przyszłość tutaj ;D
Zakupoholiczka wychodzi ze mnie paskudna, hehe xD ciekawe, skąd wezmę kasę na szkołę za ten miesiąc - haha, chyba będzie musiała nauka poczekać xD
Pogoda dziś tu paskudna, zimno, pada, wieje.. Tylko śniegu brakuje. Ale i tak wybrałam się w miasto :) no i spacer po centrum zakończyłam w.. centrum handlowym xD
A od kilku dni nie mogę się opędzić od myślenia o USA.. Kusi mnie okropnie ta hAmeryka, Bruksela nie zaspokaja moich wymagań ;)
Wiem, ze tam pojadę - postanowiłam to w końcu już jakiś czas temu. Tylko muszę zdecydować, czy najpierw licencjat w Pl, czy szaleństwo po całości i kontynuowanie operkowej przygody.. Do grudnia mam czas, żeby przemyśleć :)
Zakupoholiczka wychodzi ze mnie paskudna, hehe xD ciekawe, skąd wezmę kasę na szkołę za ten miesiąc - haha, chyba będzie musiała nauka poczekać xD
Pogoda dziś tu paskudna, zimno, pada, wieje.. Tylko śniegu brakuje. Ale i tak wybrałam się w miasto :) no i spacer po centrum zakończyłam w.. centrum handlowym xD
A od kilku dni nie mogę się opędzić od myślenia o USA.. Kusi mnie okropnie ta hAmeryka, Bruksela nie zaspokaja moich wymagań ;)
Wiem, ze tam pojadę - postanowiłam to w końcu już jakiś czas temu. Tylko muszę zdecydować, czy najpierw licencjat w Pl, czy szaleństwo po całości i kontynuowanie operkowej przygody.. Do grudnia mam czas, żeby przemyśleć :)
zmiana mała;)
I nastąpiło to co powinno: mała zmiana adresu bloga:)
ladolcevitaabrussels.blogspot.com
ladolcevitaabrussels.blogspot.com
piątek, 22 października 2010
miesięcznica :)
Dokładnie dziś mija mi miesiąc tutaj, więc przydało by się małe podsumowanie:)
Pamiętam, jak tu przyjechałam, lekko zestresowana, z gorączką od stresu utrzymującą się przez chyba tydzień, przestraszona, bo zamiast angielskiego wkoło słyszę francuski, taka zagubiona owieczka w obcym świecie ;D
Z jednej strony czas ten zleciał błyskawicznie, a z drugiej były momenty, kiedy odliczałam dni do świąt i nie wierzyłam, że dni mijają tak wolno. Do świąt, bo Boże Narodzenie spedzę w Polsce :D jestem przeszczęśliwa z tego powodu - dwa tygodnie odpoczynku od dzieci i spotkanie z wszystkimi, za którymi tęsknię :)
Jeśli chodzi o rodzinę - dalej jest pozytywnie, ale już nie tak różowo jak na początku - wydaje mi się, że ten miesiac był dla mnie z taryfą ulgową, której ważność niestety mija. Zresztą, w końcu muszą wyjść różnice charakterów:)
Ale lubię ich, bo pracuję mało, zarabiam dużo xD jak na europejskie warunki aupairkowe oczywiście :) Host rodziców lubię za jedno - wzięli au pair po to, zeby spędzać więcej czasu z dziećmi. Pracują rano, kiedy dzieciaki są w szkole, moje zmiany zaczynają się popołudniami a kończą wieczorem. I niby wygląda to tak, ze wzięli nianię na czas, kiedy dzieci są w domu, ale nie - ja zajmuję się wozeniem na zajecia pozaszkolne, przygotowaniem obiadu i ogarnięciem kuchni i stołu, a w tym czasie oni grają z dziećmi i kładą je spać. I każde ma swój czas z rodzicem na wyłączność wieczorem.
Ale za to spędzanie całego dnia, od rana do nocy z dziećmi ich męczy ;] wieczorem wręcz padają.. A dzieci mają tak grzeczne i ułożone, że chyba nigdy takich nie widziałam - owszem, szaleć lubią, ale wystarczy jedno słowo rodzica i już jest spokój.
Tyle o pracy, coś o przyjemnościach :D
Może najpierw szkoła - hah, pierwszy raz ujmuję ją jako coś miłego ;D
Jest moim oknem na świat w sumie, dzięki niej mam regularny kontakt z ludźmi :)
Wprawdzie nauka francuskiego nie była nigdy moim marzeniem, ale zaczyna mi się ten język podobać :D jest ciężko, bo jakze by inaczej, uczą nas po francusku, ale po miesiącu widzę efekty, więc jestem zadowolona :)W grupie mam dwie dziewczyny w wieku identycznym co ja, włoszki, mamy plan spotkać się poza szkołą, ale jeszcze nam nie wyszło :) poza tym mam w grupie słowaczkę, rosjankę i dwie babeczki, które mówią po czesku (ale czeszką chyba nie jest ona) i po rosyjsku (z tym że też chyba nie rosjanka) i jak zaczynają rozmawiać w tych naszych słowiańskich językach, to czuję się jak w domu :)
Ogólnie Bruksela jest baaardzo międzynarodowym i multijęzycznym miastem. Francuski, angielski, niemiecki, flamandzki, włoski, hiszpański, różne odmiany arabskiego, rosyjski, nawet polski - to są języku, które słychać non stop i wszędzie. Generalnie, języki europejskie to tu norma, bo w końcu B. to stolica kontynentu :)
Miasto jest bardzo zróżnicowane - niektóre miejsca są na prawdę piękne, jak choćby centrum - pełne pięknych budynków, ulic i alejek. Poza tym parki - chluba miasta. Są na prawdę jego ozdobą i myślę że największym atutem.
Niektóre podmiasteczka (dzielnice) są piękne - zadbane, z klimatem, a niektóre niezbyt zachęcają do odwiedzin. Dziwne ma sie wrażenie, bo jadąc jedną ulicą, Chaussee de Waterloo, mija się odrestaurowane i gustowne kamieniczki wybudowane wzdłuż szerokiego bulwaru obsadzonego drzewami a po chwili przejeżdza się przez wąską ulicę na której kamienice jakby wychodziły na jezdnię, chodnik jest koślawy i wąski, brudny. A po chwili ulica znowu jest bardzo reprezentacyjna. I tak w sumie wygląda całe miasto.
Poza tym, Bruksela ma chyba kompleks Paryża - na expo zbudowali Atomium, tak jak Eiffel swoją wieżę na wystawę światową i przez to nazywają to Atomium brukselską wieżą eiffla - a Eiffel się w grobie przewraca..
Mają też katedrę Notre Dame.. Bardzo podobną do tej paryskiej o dziwo.
A swoją główną aleję zakupową Rue Nueve nazywają brukselskimi polami elizejskimi.. Tu już człowiek się automatycznie uśmiecha, bo jeśli te nieszczęsne atomium i notre dame jakoś się przełknie, to porównanie Champs Elysee do chodnika obudowanego z dwóch stron kamienicami (niekoniecznie ładnymi) w których znajdują się głównie sieciówki takie jak h&m czy zara, no i może dwie knajpki, ale takie szybkościówki w stylu mc'donalda, to chyba mogło się komuś bardzo na haju zdarzyć :) Jedno mają tu lepsze niż w Paryżu - wszystkie stacje metra :)
A z życia prywatnego: powoli zaczyna się ono rozkręcać:D
Moje pierwsze samotne spacery po mieście były na lekkim stresie każdy obowiązkowo z mapką google w rękach (lub przynajmniej w torbie;), z dokładną rozpiską autobusów, metra i tramwajów niezbędnych żeby dotrzeć tam gdzie trzeba. A teraz już potrafię poruszać się bez mapki xD do szkoły i klubu dzieci jeżdżę bez gpsu (haaa xD) generalnie robię postępy ;D
No i jeżdżenie tutaj - pomijając dzisiejszą wpadkę na parkingu (oczywiscie, tutaj wszędzie parkuje się moją ukochaną zatoczką;/ co musiało się w końcu skończyć zarysowaniem auta)uważam, że wczułam się w tutejszy styl jeżdżenia. Wszystko jest trochę szalone, z taką metnalnością należną południowcom, ale kultura jest duża i sympatia na drogach. Normą jest przepuszczenie kogoś, spokojne przeczekanie aż niemota wyjedzie z parkingu czy też na ten parking wjedzie i odblokuje drogę, machanie sobie w podzięce. Takie proste rzeczy, ale ułatwiają jazdę. Kilka rzeczy które różnią się tu od polskich przepisów - pieszy ma zawsze pierwszeństwo, nawet jeśli nie znajduje się na pasach; pierwszeństwo ma zawsze ten z prawej - nie dotyczy tylko głównych dróg, na którcyh są odpowiednie znaki podporządkowania, ale tutaj mając dwie prostopadłe drogi, nie ma pierwszeństwa ten, który jest na prostej i tą prostą jedzie dalej, tylko ten, który wyjeżdża na tą prostą z prawej strony. Więc jadąc prostą drogą, widząc ulicę po mej prawej, muszę zwalniać i sprawdzać, czy nic z niej nie wyjedzie. Takie urozmaicenie. Poza tym, jeździ się tu bez świateł. A światło na którym można jechać nie zawsze jest zielone :)
Coś o kuchni tutejszej - słynnych frytek jeszcze nie jadłam, za to gofry i czekoladę pożeram w zatrważających ilościach.. Czekolada to miłość jeszcze z Polski, nie żeby oni mieli aż tak genialną ;D Ale gofry.. Suchego bym u nas nie tknęła, a tutaj, gofr bez dodatków jest i tak arcydziełem kulinarnym! :D Pyszność!
No i oczywiście piwo tutejsze. Jasne mają niedobre ;D
Z życia towarzyskiego: nie mam go tu zbyt wiele jeszcze, wszystko jest na etapie rozkręcania się. Ale zaliczyłam spotkanie z dziewczynami, które też są aupairkami w belgii, niestety ponad godzinę jazdy pociągiem od brukseli, ale te kilka godzin z nimi było mile spędzonym czasem. Poza tym, mam zaproszenie do Turcji xD z którego raczej nie skorzystam ze względu na zaproszeniodawcę ;D no cóż, nie wszyscy couchsurferzy są fajni ;)
A weekend po spotkaniu operkowo-couchowym postanowiłam, ze wybiorę się na balety ;D
trochę się bałam isć sama do klubu, ale w końcu się odważyłam i nie załuję! Wybawiłam się z fajnymi ludźmi, którzy zabrali mnie na tournee po klubach, które wyglądały jak z filmów - poczawszy od latino, na glamour party skończywszy ;D było warto :)
A robiąc podsumowanie w jak najkrótszej formie: Zaczyna być fajnie :)
Pamiętam, jak tu przyjechałam, lekko zestresowana, z gorączką od stresu utrzymującą się przez chyba tydzień, przestraszona, bo zamiast angielskiego wkoło słyszę francuski, taka zagubiona owieczka w obcym świecie ;D
Z jednej strony czas ten zleciał błyskawicznie, a z drugiej były momenty, kiedy odliczałam dni do świąt i nie wierzyłam, że dni mijają tak wolno. Do świąt, bo Boże Narodzenie spedzę w Polsce :D jestem przeszczęśliwa z tego powodu - dwa tygodnie odpoczynku od dzieci i spotkanie z wszystkimi, za którymi tęsknię :)
Jeśli chodzi o rodzinę - dalej jest pozytywnie, ale już nie tak różowo jak na początku - wydaje mi się, że ten miesiac był dla mnie z taryfą ulgową, której ważność niestety mija. Zresztą, w końcu muszą wyjść różnice charakterów:)
Ale lubię ich, bo pracuję mało, zarabiam dużo xD jak na europejskie warunki aupairkowe oczywiście :) Host rodziców lubię za jedno - wzięli au pair po to, zeby spędzać więcej czasu z dziećmi. Pracują rano, kiedy dzieciaki są w szkole, moje zmiany zaczynają się popołudniami a kończą wieczorem. I niby wygląda to tak, ze wzięli nianię na czas, kiedy dzieci są w domu, ale nie - ja zajmuję się wozeniem na zajecia pozaszkolne, przygotowaniem obiadu i ogarnięciem kuchni i stołu, a w tym czasie oni grają z dziećmi i kładą je spać. I każde ma swój czas z rodzicem na wyłączność wieczorem.
Ale za to spędzanie całego dnia, od rana do nocy z dziećmi ich męczy ;] wieczorem wręcz padają.. A dzieci mają tak grzeczne i ułożone, że chyba nigdy takich nie widziałam - owszem, szaleć lubią, ale wystarczy jedno słowo rodzica i już jest spokój.
Tyle o pracy, coś o przyjemnościach :D
Może najpierw szkoła - hah, pierwszy raz ujmuję ją jako coś miłego ;D
Jest moim oknem na świat w sumie, dzięki niej mam regularny kontakt z ludźmi :)
Wprawdzie nauka francuskiego nie była nigdy moim marzeniem, ale zaczyna mi się ten język podobać :D jest ciężko, bo jakze by inaczej, uczą nas po francusku, ale po miesiącu widzę efekty, więc jestem zadowolona :)W grupie mam dwie dziewczyny w wieku identycznym co ja, włoszki, mamy plan spotkać się poza szkołą, ale jeszcze nam nie wyszło :) poza tym mam w grupie słowaczkę, rosjankę i dwie babeczki, które mówią po czesku (ale czeszką chyba nie jest ona) i po rosyjsku (z tym że też chyba nie rosjanka) i jak zaczynają rozmawiać w tych naszych słowiańskich językach, to czuję się jak w domu :)
Ogólnie Bruksela jest baaardzo międzynarodowym i multijęzycznym miastem. Francuski, angielski, niemiecki, flamandzki, włoski, hiszpański, różne odmiany arabskiego, rosyjski, nawet polski - to są języku, które słychać non stop i wszędzie. Generalnie, języki europejskie to tu norma, bo w końcu B. to stolica kontynentu :)
Miasto jest bardzo zróżnicowane - niektóre miejsca są na prawdę piękne, jak choćby centrum - pełne pięknych budynków, ulic i alejek. Poza tym parki - chluba miasta. Są na prawdę jego ozdobą i myślę że największym atutem.
Niektóre podmiasteczka (dzielnice) są piękne - zadbane, z klimatem, a niektóre niezbyt zachęcają do odwiedzin. Dziwne ma sie wrażenie, bo jadąc jedną ulicą, Chaussee de Waterloo, mija się odrestaurowane i gustowne kamieniczki wybudowane wzdłuż szerokiego bulwaru obsadzonego drzewami a po chwili przejeżdza się przez wąską ulicę na której kamienice jakby wychodziły na jezdnię, chodnik jest koślawy i wąski, brudny. A po chwili ulica znowu jest bardzo reprezentacyjna. I tak w sumie wygląda całe miasto.
Poza tym, Bruksela ma chyba kompleks Paryża - na expo zbudowali Atomium, tak jak Eiffel swoją wieżę na wystawę światową i przez to nazywają to Atomium brukselską wieżą eiffla - a Eiffel się w grobie przewraca..
Mają też katedrę Notre Dame.. Bardzo podobną do tej paryskiej o dziwo.
A swoją główną aleję zakupową Rue Nueve nazywają brukselskimi polami elizejskimi.. Tu już człowiek się automatycznie uśmiecha, bo jeśli te nieszczęsne atomium i notre dame jakoś się przełknie, to porównanie Champs Elysee do chodnika obudowanego z dwóch stron kamienicami (niekoniecznie ładnymi) w których znajdują się głównie sieciówki takie jak h&m czy zara, no i może dwie knajpki, ale takie szybkościówki w stylu mc'donalda, to chyba mogło się komuś bardzo na haju zdarzyć :) Jedno mają tu lepsze niż w Paryżu - wszystkie stacje metra :)
A z życia prywatnego: powoli zaczyna się ono rozkręcać:D
Moje pierwsze samotne spacery po mieście były na lekkim stresie każdy obowiązkowo z mapką google w rękach (lub przynajmniej w torbie;), z dokładną rozpiską autobusów, metra i tramwajów niezbędnych żeby dotrzeć tam gdzie trzeba. A teraz już potrafię poruszać się bez mapki xD do szkoły i klubu dzieci jeżdżę bez gpsu (haaa xD) generalnie robię postępy ;D
No i jeżdżenie tutaj - pomijając dzisiejszą wpadkę na parkingu (oczywiscie, tutaj wszędzie parkuje się moją ukochaną zatoczką;/ co musiało się w końcu skończyć zarysowaniem auta)uważam, że wczułam się w tutejszy styl jeżdżenia. Wszystko jest trochę szalone, z taką metnalnością należną południowcom, ale kultura jest duża i sympatia na drogach. Normą jest przepuszczenie kogoś, spokojne przeczekanie aż niemota wyjedzie z parkingu czy też na ten parking wjedzie i odblokuje drogę, machanie sobie w podzięce. Takie proste rzeczy, ale ułatwiają jazdę. Kilka rzeczy które różnią się tu od polskich przepisów - pieszy ma zawsze pierwszeństwo, nawet jeśli nie znajduje się na pasach; pierwszeństwo ma zawsze ten z prawej - nie dotyczy tylko głównych dróg, na którcyh są odpowiednie znaki podporządkowania, ale tutaj mając dwie prostopadłe drogi, nie ma pierwszeństwa ten, który jest na prostej i tą prostą jedzie dalej, tylko ten, który wyjeżdża na tą prostą z prawej strony. Więc jadąc prostą drogą, widząc ulicę po mej prawej, muszę zwalniać i sprawdzać, czy nic z niej nie wyjedzie. Takie urozmaicenie. Poza tym, jeździ się tu bez świateł. A światło na którym można jechać nie zawsze jest zielone :)
Coś o kuchni tutejszej - słynnych frytek jeszcze nie jadłam, za to gofry i czekoladę pożeram w zatrważających ilościach.. Czekolada to miłość jeszcze z Polski, nie żeby oni mieli aż tak genialną ;D Ale gofry.. Suchego bym u nas nie tknęła, a tutaj, gofr bez dodatków jest i tak arcydziełem kulinarnym! :D Pyszność!
No i oczywiście piwo tutejsze. Jasne mają niedobre ;D
Z życia towarzyskiego: nie mam go tu zbyt wiele jeszcze, wszystko jest na etapie rozkręcania się. Ale zaliczyłam spotkanie z dziewczynami, które też są aupairkami w belgii, niestety ponad godzinę jazdy pociągiem od brukseli, ale te kilka godzin z nimi było mile spędzonym czasem. Poza tym, mam zaproszenie do Turcji xD z którego raczej nie skorzystam ze względu na zaproszeniodawcę ;D no cóż, nie wszyscy couchsurferzy są fajni ;)
A weekend po spotkaniu operkowo-couchowym postanowiłam, ze wybiorę się na balety ;D
trochę się bałam isć sama do klubu, ale w końcu się odważyłam i nie załuję! Wybawiłam się z fajnymi ludźmi, którzy zabrali mnie na tournee po klubach, które wyglądały jak z filmów - poczawszy od latino, na glamour party skończywszy ;D było warto :)
A robiąc podsumowanie w jak najkrótszej formie: Zaczyna być fajnie :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)