sobota, 20 listopada 2010

Częstotliwość pisania notek - powalająca :)
dawno tu nie zaglądałam, bo nie było kiedy.
Początek listopada spędzony w Paryżu, calutki tydzień, a wolna była tylko sobota;(
ale wystarczyła - spędzona z licealną kumpelą, więc udana:)
Tygodnia następnego nie pamiętam:)
A ostatni nie należał do najlepszych - otóż w niedzielę (równo tydzień temu)powiedziałam mojej rodzinie, że nie chcę do nich wracać po świętach.
Generalnie przyjęli dobrze moją decyzję, podobno się jej spodziewali. Rozmowa była spokojna. Za to w tygodniu pokazali, ze nie są zadowoleni - dzień w dzień pretensje o pierdoły, np że upiekłam rybę w piekarniku, a nie na patelni i tym podobne. Grubsze awantury też się zdarzały, chyba po raz pierwszy w życiu popłakałam się po czyichś słowach skierowanych pod moim adresem - zawsze byłam odporna na takie rzeczy i mało mnie obchodziło co mówią ludzie, którzy nie są dla mnie w jakikolwiek sposób ważni. W ten sam dzień postanowiłam, że jeśli taka sytuacja się powtórzy, to odejdę z dnia na dzień. Po prostu spakuję się i wyjdę, bo nie chcę wyjechać stąd z depresją i brakiem wiary w siebie.
Dodam może, że oni nie są potworami non stop, normalnie są całkiem w porządku, ale są tego typu ludźmi, którzy nie znają słowa kompromis. Wszystko musi być zgodnie z tym, jak oni to widzą. Nie akceptują zmian, jakie może wprowadzać nowa, obca osoba mieszkająca w ich domu. Trzeba bezwzględnie przyjąć ich wszystkie zasady. A to jest niemożliwe - ludzie są różni i nie można od nich oczekiwać wyrzeczenia się własnych zasad dla cudzych. Bynajmniej ja się na takie coś nie zgadzam.

Poza utarczkami z host mamą (bo host tata do niczego się nie wtrąca, pewnie tylko podpowiada po cichu żonie co i jak) spędzam czas na poznawaniu miasta, póki mogę.
Znalazłam kafejkę z przepyszną kawą, jej smak jest jedną z tych rzeczy, za których będę tęsknić :)
W życiu towarzyskim mam szczęście do Turków, haha xD i nawet jeśli w swoim opisie na couchsurfingu twierdzą, ze sa luksemburczykami czy holendrami, to w rzeczywistości okazują się pół-turkami. Nie, zebym była jakąś rasistką która ich dyskryminuje, ale się chyba za dużo naczytałam o ich haremach ;D
Ale rozumiem już, czemu wiele kobiet daje się im uwieść i wywieźć - Ci, których poznałam, mają na prawdę tak wielki urok osobisty, są tak czarujący, że niejedna może stracić głowę;) Ja jednak się do Turcji nie wybieram, mimo kilku zaproszeń xD
Poznałam też dwie Polki - dziewczyny siedzą tu już 4 lata, także mają Brukselę w małym palcu:)

Robiąc ostatnio (tzn dziś;) spacer po sklepach, zauważyłam stoiska z pierdołami świątecznymi, ozdobione ulice czekające na włączenie świateł i witryny sklepowe z naklejkami merry christmas - nie słyszałam jeszcze tylko najpopularniejszej świątecznej piosenki xD I chociaz do świąt jeszcze miesiąc, to dzięki tym wszystkim duperelom czuję, jakby to było już tuż tuż i mam ochotę pakować walizkę :)
swoją drogą, pakowanie.. I znowu problem - jak ja się z tym zabiorę?
Przyjechałam tu z limitem 20kg, wracam z limitem 30kg, a problem i tak jest xD
muszę zacząć omijać sklepy szerokim łukiem ;]

poniedziałek, 1 listopada 2010

I know what I should do. Finally

Kiedy nie wiem co ze sobą zrobić, męczę się strasznie, ale jak już podejmę decyzję - wszystko staje się łatwiejsze a i mój humor stabilizuje się.
I dziś jest ten dzień, że zdecydowałam czego chcę.
Zmieniam rodzinę.
U obecnej zostaję do świąt, co wiąże się głównie z kwestią finansową i zarezerowanym już biletem do Polski, a w styczniu mam nadzieję wyruszyć do Anglii.
Powody dla których zmieniam rodzinę, niektórym mogą wydać się banalne, ale w życiu codziennym są na prawdę uprzykrzające..
- wielkie niezorganizowanie tej familii - niedotrzymywanie terminów, nie informowanie mnie na bieżąco o ważnych i dotyczących mnie rzeczach, ich zmienność co do zakresu moich obowiązków i czasu mojej pracy - to zasługuje na osobny punkt zresztą.. Niby mam plan pracy i godziny określone, ale w praktyce rodzicom zawsze coś wypada i 5 minut przed mówią mi, ze muszę zacząć wcześniej i zrobić to to i to. Albo odwrotnie: wiem, ze zaczynam pracę o 17 w niedzielę, więc na tą 17 wracam z miasta, by siedzieć w domu bezczynnie, bo się okazuje, że dziś nie ma dla mnie na razie nic do zrobienia.. No a skoro na razie, to wyjść nie mogę, bo za chwilę moze się coś znaleźć. Przykładem może być wczorajsza sytuacja: wróciłam do domu i pytam hostki co i jak z dniem dzisiejszym, co mam zrobić (tak, muszę tu pytać sama czy jest coś do zrobienia i co tym razem, bo w sumie moje obowiązki zmieniają się każdego dnia) na co ona mi, ze nie ma nic, że na razie mam wolne i ze mnie zawoła jak będę potrzebna.. No więc okej, powiedziałam żeby wołała w razie co i poszłam do siebie. Nie zawołała. Po czym schodzę wreszcie (i kolejny raz) do kuchni, a tutaj niespodzianka - dlaczego nie zrobiłaś tego, tego i tego? ;/ yyy, no soorry, ale przecież nie było nic do zrobienia dla mnie jak pytałam, to skąd miałam wiedzieć ze jednak coś jest? Jasnowidzem nie jestem przecież! Wypełniłam rutynowe nieliczne moje obowiązki i czekałam na znak od Jej Mości Hostki..
Kolejnym minusem jest to, ze mam dość bycia ich sprzątaczką ;/ na początku pasował mi ten układ, że nakrywam do stołu, przygotowuję razem z Host mamą kolację a potem po niej sprzątam, bo tłumaczyłam to sobie tak, ze fajnie, bo rodzice w tym czasie spędzają czas z dziećmi. No ale ich kultura którą okazywali na początku się skończyła i teraz sprzątnięcię wszystkiego po ich kolacji to kwestia 2h..
I dzieci.. Nie mogę z nimi złapać kontaktu takiego, jakiego bym sobie życzyła.. O najmłodszej już nie wspomnę - porażka jakaś..
Do tego dochodzi kwestia z językiem - mimo starań, i tak nie jest dobrze.

Podsumowując, nienormowany czas pracy (praktycznie wszystko zależy od ich dzisiejszego widzi-mi-się), problemy na linii językowej, problemy z dziećmi, praca jako sprzątaczka a nie niania. Kończymy z tym!

Aa, zapomniałam dodać: ostatnio miałam rozmowę:
Możesz jeść wszystko, ale. Tego i tego nie, to i to tylko z nami, a to i to tylko jeśli jest dużo... ;/ Ale poza tym możesz jeść wszystko i chcieibyśmy, zebyś się dobrze czuła.. ;/
Oni chcą kogoś, kto będzie identyczny jak oni - trzeba się bezwzględnie dostosować, bo inaczej codziennie będziesz miała pogadankę co powinnaś a czego nie.

Więc męczę się do 22 grudnia, bo mimo że nie jest dobrze, to też nie ma takiej tragedii zebym musiała uciekać już, a i odłożę w tym czasie na samodzielny start w UK, bez ciągnięcia po raz kolejny od parentsów. A potem ciaao!

wtorek, 26 października 2010

koniec zadowolenia

Skończyło się zadowolenie z rodziny.. Mimo ich plusów, minusy zaczynają mnie wkurzac ;/
Dziś dostałam zjebkę za to, że upomniałam się o kieszonkowe (!)
nie lubię pytania o kasę, no ale sytuacja była wyjątkowa bo jutro muszę za szkołę zapłacić, a oni się obruszyli.. I najepsze, ze nie dali mi ;/ była umowa, ze płacą mi co tydzień, a jeszcze ani razu nie dostałam kasy na czas ;/
i tak jest nie tylko z pieniędzmi - masakra u nich z jakimkolwiek planowaniem - porozmawiamy wieczorem kończy sie rozmową tydzień później, o swoich wyjściach i planach nie raczą mnie uprzedzać wczesniej, tylko tuż przed ich realizacją, wiecznie spóźnieni, niesłowni...
I miałam rację co do miesiąca z taryfą ulgową.. Zaczynają wymagać więcej i więcej w krótkim okresie czasu (a oczywiście jeśli nie zdążę, to kończę po godzinach)..
Najchętniej zmieniłabym rodzinę, bo poza wyżej wymienionym ta ma jeszcze taką wadę jak język.. Dalej mi się to daje we znaki..

sobota, 23 października 2010

Oj, marnie ja widzę swoją przyszłość tutaj ;D
Zakupoholiczka wychodzi ze mnie paskudna, hehe xD ciekawe, skąd wezmę kasę na szkołę za ten miesiąc - haha, chyba będzie musiała nauka poczekać xD

Pogoda dziś tu paskudna, zimno, pada, wieje.. Tylko śniegu brakuje. Ale i tak wybrałam się w miasto :) no i spacer po centrum zakończyłam w.. centrum handlowym xD

A od kilku dni nie mogę się opędzić od myślenia o USA.. Kusi mnie okropnie ta hAmeryka, Bruksela nie zaspokaja moich wymagań ;)
Wiem, ze tam pojadę - postanowiłam to w końcu już jakiś czas temu. Tylko muszę zdecydować, czy najpierw licencjat w Pl, czy szaleństwo po całości i kontynuowanie operkowej przygody.. Do grudnia mam czas, żeby przemyśleć :)

zmiana mała;)

I nastąpiło to co powinno: mała zmiana adresu bloga:)
ladolcevitaabrussels.blogspot.com

piątek, 22 października 2010

miesięcznica :)

Dokładnie dziś mija mi miesiąc tutaj, więc przydało by się małe podsumowanie:)

Pamiętam, jak tu przyjechałam, lekko zestresowana, z gorączką od stresu utrzymującą się przez chyba tydzień, przestraszona, bo zamiast angielskiego wkoło słyszę francuski, taka zagubiona owieczka w obcym świecie ;D

Z jednej strony czas ten zleciał błyskawicznie, a z drugiej były momenty, kiedy odliczałam dni do świąt i nie wierzyłam, że dni mijają tak wolno. Do świąt, bo Boże Narodzenie spedzę w Polsce :D jestem przeszczęśliwa z tego powodu - dwa tygodnie odpoczynku od dzieci i spotkanie z wszystkimi, za którymi tęsknię :)
Jeśli chodzi o rodzinę - dalej jest pozytywnie, ale już nie tak różowo jak na początku - wydaje mi się, że ten miesiac był dla mnie z taryfą ulgową, której ważność niestety mija. Zresztą, w końcu muszą wyjść różnice charakterów:)
Ale lubię ich, bo pracuję mało, zarabiam dużo xD jak na europejskie warunki aupairkowe oczywiście :) Host rodziców lubię za jedno - wzięli au pair po to, zeby spędzać więcej czasu z dziećmi. Pracują rano, kiedy dzieciaki są w szkole, moje zmiany zaczynają się popołudniami a kończą wieczorem. I niby wygląda to tak, ze wzięli nianię na czas, kiedy dzieci są w domu, ale nie - ja zajmuję się wozeniem na zajecia pozaszkolne, przygotowaniem obiadu i ogarnięciem kuchni i stołu, a w tym czasie oni grają z dziećmi i kładą je spać. I każde ma swój czas z rodzicem na wyłączność wieczorem.
Ale za to spędzanie całego dnia, od rana do nocy z dziećmi ich męczy ;] wieczorem wręcz padają.. A dzieci mają tak grzeczne i ułożone, że chyba nigdy takich nie widziałam - owszem, szaleć lubią, ale wystarczy jedno słowo rodzica i już jest spokój.
Tyle o pracy, coś o przyjemnościach :D
Może najpierw szkoła - hah, pierwszy raz ujmuję ją jako coś miłego ;D
Jest moim oknem na świat w sumie, dzięki niej mam regularny kontakt z ludźmi :)
Wprawdzie nauka francuskiego nie była nigdy moim marzeniem, ale zaczyna mi się ten język podobać :D jest ciężko, bo jakze by inaczej, uczą nas po francusku, ale po miesiącu widzę efekty, więc jestem zadowolona :)W grupie mam dwie dziewczyny w wieku identycznym co ja, włoszki, mamy plan spotkać się poza szkołą, ale jeszcze nam nie wyszło :) poza tym mam w grupie słowaczkę, rosjankę i dwie babeczki, które mówią po czesku (ale czeszką chyba nie jest ona) i po rosyjsku (z tym że też chyba nie rosjanka) i jak zaczynają rozmawiać w tych naszych słowiańskich językach, to czuję się jak w domu :)
Ogólnie Bruksela jest baaardzo międzynarodowym i multijęzycznym miastem. Francuski, angielski, niemiecki, flamandzki, włoski, hiszpański, różne odmiany arabskiego, rosyjski, nawet polski - to są języku, które słychać non stop i wszędzie. Generalnie, języki europejskie to tu norma, bo w końcu B. to stolica kontynentu :)

Miasto jest bardzo zróżnicowane - niektóre miejsca są na prawdę piękne, jak choćby centrum - pełne pięknych budynków, ulic i alejek. Poza tym parki - chluba miasta. Są na prawdę jego ozdobą i myślę że największym atutem.
Niektóre podmiasteczka (dzielnice) są piękne - zadbane, z klimatem, a niektóre niezbyt zachęcają do odwiedzin. Dziwne ma sie wrażenie, bo jadąc jedną ulicą, Chaussee de Waterloo, mija się odrestaurowane i gustowne kamieniczki wybudowane wzdłuż szerokiego bulwaru obsadzonego drzewami a po chwili przejeżdza się przez wąską ulicę na której kamienice jakby wychodziły na jezdnię, chodnik jest koślawy i wąski, brudny. A po chwili ulica znowu jest bardzo reprezentacyjna. I tak w sumie wygląda całe miasto.
Poza tym, Bruksela ma chyba kompleks Paryża - na expo zbudowali Atomium, tak jak Eiffel swoją wieżę na wystawę światową i przez to nazywają to Atomium brukselską wieżą eiffla - a Eiffel się w grobie przewraca..
Mają też katedrę Notre Dame.. Bardzo podobną do tej paryskiej o dziwo.
A swoją główną aleję zakupową Rue Nueve nazywają brukselskimi polami elizejskimi.. Tu już człowiek się automatycznie uśmiecha, bo jeśli te nieszczęsne atomium i notre dame jakoś się przełknie, to porównanie Champs Elysee do chodnika obudowanego z dwóch stron kamienicami (niekoniecznie ładnymi) w których znajdują się głównie sieciówki takie jak h&m czy zara, no i może dwie knajpki, ale takie szybkościówki w stylu mc'donalda, to chyba mogło się komuś bardzo na haju zdarzyć :) Jedno mają tu lepsze niż w Paryżu - wszystkie stacje metra :)

A z życia prywatnego: powoli zaczyna się ono rozkręcać:D
Moje pierwsze samotne spacery po mieście były na lekkim stresie każdy obowiązkowo z mapką google w rękach (lub przynajmniej w torbie;), z dokładną rozpiską autobusów, metra i tramwajów niezbędnych żeby dotrzeć tam gdzie trzeba. A teraz już potrafię poruszać się bez mapki xD do szkoły i klubu dzieci jeżdżę bez gpsu (haaa xD) generalnie robię postępy ;D
No i jeżdżenie tutaj - pomijając dzisiejszą wpadkę na parkingu (oczywiscie, tutaj wszędzie parkuje się moją ukochaną zatoczką;/ co musiało się w końcu skończyć zarysowaniem auta)uważam, że wczułam się w tutejszy styl jeżdżenia. Wszystko jest trochę szalone, z taką metnalnością należną południowcom, ale kultura jest duża i sympatia na drogach. Normą jest przepuszczenie kogoś, spokojne przeczekanie aż niemota wyjedzie z parkingu czy też na ten parking wjedzie i odblokuje drogę, machanie sobie w podzięce. Takie proste rzeczy, ale ułatwiają jazdę. Kilka rzeczy które różnią się tu od polskich przepisów - pieszy ma zawsze pierwszeństwo, nawet jeśli nie znajduje się na pasach; pierwszeństwo ma zawsze ten z prawej - nie dotyczy tylko głównych dróg, na którcyh są odpowiednie znaki podporządkowania, ale tutaj mając dwie prostopadłe drogi, nie ma pierwszeństwa ten, który jest na prostej i tą prostą jedzie dalej, tylko ten, który wyjeżdża na tą prostą z prawej strony. Więc jadąc prostą drogą, widząc ulicę po mej prawej, muszę zwalniać i sprawdzać, czy nic z niej nie wyjedzie. Takie urozmaicenie. Poza tym, jeździ się tu bez świateł. A światło na którym można jechać nie zawsze jest zielone :)

Coś o kuchni tutejszej - słynnych frytek jeszcze nie jadłam, za to gofry i czekoladę pożeram w zatrważających ilościach.. Czekolada to miłość jeszcze z Polski, nie żeby oni mieli aż tak genialną ;D Ale gofry.. Suchego bym u nas nie tknęła, a tutaj, gofr bez dodatków jest i tak arcydziełem kulinarnym! :D Pyszność!
No i oczywiście piwo tutejsze. Jasne mają niedobre ;D

Z życia towarzyskiego: nie mam go tu zbyt wiele jeszcze, wszystko jest na etapie rozkręcania się. Ale zaliczyłam spotkanie z dziewczynami, które też są aupairkami w belgii, niestety ponad godzinę jazdy pociągiem od brukseli, ale te kilka godzin z nimi było mile spędzonym czasem. Poza tym, mam zaproszenie do Turcji xD z którego raczej nie skorzystam ze względu na zaproszeniodawcę ;D no cóż, nie wszyscy couchsurferzy są fajni ;)
A weekend po spotkaniu operkowo-couchowym postanowiłam, ze wybiorę się na balety ;D
trochę się bałam isć sama do klubu, ale w końcu się odważyłam i nie załuję! Wybawiłam się z fajnymi ludźmi, którzy zabrali mnie na tournee po klubach, które wyglądały jak z filmów - poczawszy od latino, na glamour party skończywszy ;D było warto :)

A robiąc podsumowanie w jak najkrótszej formie: Zaczyna być fajnie :)

wtorek, 28 września 2010

Pierwsza notatka z Brukseli. Kurczę, zleciał mi ten pierwszy tydzień niesamowicie szybko!
Podróż była niezbyt przyjemna - najpierw opóźniony samolot, później okropne problemy z ciśnieniem przez ponad 30 minut, z bólu chciało mi się wyć.. Na lotnisku w Brukseli uświadomiłam sobie, ze nie mam numeru telefonu do mojej rodziny, nie pamiętam jak wyglada host-tata który miał mnie odebrać i się przeraziłam. Czekanie było masakrycznie stresujące, ale w końcu zobaczyłam karteczkę ze swoim imieniem i nazwiskiem ;)
Generalnie ten tydzień to chaos nieopisany - najpierw weekend w Paryżu (niby fajnie, ale w praktyce trochę on utrudnił wszystko), później host-mama wyjechała na dwa dni, więc nie mogła mnie dalej wprowadzać w system, teraz środa bedzie normalna, a od czwartu zaczyna się hardcore - rodzice wyjeżdżają na 3 dni..
Niby nic wielkiego, ale będąc nie do końca wprowadzonym w życie tutejsze, lekko mnie to przeraża.

Generalnie rodzina jest fantastyczna! Pierwsze wrazenie sprawiają bardzo dobre, są otwarci i sympatyczni, pomocni. Wydaje mi się, że relacje host-rodzice - ja będą świetne albo przynajmniej dobre - czuć to w atmosferze panującej w domu.
Dzieci są ułożone i dobrze wychowane. Pomocne wobec siebie nawzajem. W tym momencie cieszę się, ze jest ich czworo :) Dwoje starszych, 11 i 10 lat, to moje prawe ręce. Nie wiem co bym bez nich zrobiła. Pomagają mi z młodszymi, kiedy mam z nimi problemy (głównie językowe, bo maluszki są oporne do angielskiego, więc starsze tłumaczą im po francusku lub włosku).

Podoba mi się bardzo ich dom - jest duży, wystylizowany jak z magazynu (w końcu mama jest dekoratorką i projektantką a tata architektem), ale czuć w nim swojską, rodzinną atmosferę. Widać, ze ktoś w nim mieszka, bo pomimo ogólnego porządku rzeczy nie leżą perfekcyjnie poukładane, mogą zmieniać miejsce.
Moj pokoik jest na drugim piętrze, więc codziennie przebiegam masę schodów - schudnę bez uprawiania sportu :D
Rodzina ma dwa minusy - języki, którymi mówią i sposób żywienia.. Wszystko jest bio, eko i jak najzdrowsze. Nie piją mleka krowiego, bo jest niezdrowe, nie łączą ciasteczek z mlekiem sojowym, bo się nie wchłania coś tam, itp,itd. Masakra.
Całe szczęście zdarza im się jeść lay'sy czy czekoladę ;)
Aaa, no i dziś znalazłam normalną kawę :D

Niezbyt poznałam jeszcze okolicę, ale to co widziałam, wyglada ciekawie. Miasto ma niską zabudowę, więc równoczesnie dużą powierzchnię. Pełno tu zieleni - parki i laski są wszędzie, co jest bardzo na plus.
Jazda autem jest tu lekką szkołą przetrwania ;D parkowanie równoległe nie jest moim ulubionym, szczególnie jeśli muszę je zrobić autem- krową ;/ no ale na szczęście, poza wielkim nissanem pathfinderem mogę jeździć maleńkim fiatem 500 :) żadne auto nie jest tylko dla mnie, ale to nie problem - komunikacja miejska działa swietnie, jest szybsza niż stanie w korkach i szukanie parkingu :)

Matko! Miałam napisac dwa zdania, a wyszło troszkę więcej :)
A jeszcze tyle wrazeń do opisania!

środa, 22 września 2010

first Brussel, then Paris

To już dziś! Lecę za 5 godzin i 47 minut xD
Nie mogę się doczekać ;D
walizki spakowane, niestety muszę zostawić połowę tego, co chciałam zabrać - niewykonalne, zmieścić się w 20 kilogramach na trzy miesiące zimowe..
Podziwiam dziewczyny lecące do USA z garderobą całoroczną ;D Gratuluję umiejętności pakowania xD

Jak w tytule, do piątku jestem w Bruskeli, a później Paryż na weekend ;D
Szał ciał normalnie ;D
Sobota z babeczkami :*

Nie wierzę, że lecę.

Ostatnie buziaki z Polski :*

niedziela, 19 września 2010

...

Pierwsze pożegnanie za mną.. Ryczę jak głupia, chociaz Im nie potrafiłam się przyznać..
Kocham Was moi kochani ;*
Jestem przeszczęśliwa, że mogłam Was poznać, że spędziłam z Wami tyle cudownych chwil..
Dziękuję Wam za to, że byliście, że jesteście, że Was mam..
Kiedy wychodziliście, mówiłam pełna entuzjazmu - do zobaczenia Kochani!
Mam nadzieję, że to się nie zmieni, że jeszcze Was spotkam.. Że jeszcze nie raz razem się napijemy, będzimy się bawić, jak na najlepszej Czernikowickiej imprezie..

Nie jestem chyba gotowa stawić czoła obcemu światu.. Pragnę dalej tego, co znajome i bliskie..

piątek, 17 września 2010

Everything is going to be crazy! :D

Czas leci zdecydowanie za szybko!!
Nie wiem za co mam się chwycić, żeby ogarnąć wyjazd ;D
I tak, zakupy robię codziennie, bo codziennie o czymś nowym sobie przypominam ;D
Codziennie zabieram się do selekcji rzeczy potrzebnych, ciuchów na start itp i zawsze kończę na otwarciu szafy i stwierdzeniu - mam czas ;D
Planuję ogarnąć notatki jęzkowe, zeby zabrać co poniektóre na początek, żeby mi było łatwiej i co? Oczywście skonczyło się na przyniesieniu zeszytów i podręczników z piwnicy xD

Ja nie wiem, jak ktos za mnie tego nie zrobi, to chyba polecę z samym laptopem xD

A ekscytacja rośnie z dnia na dzień! Dziś hostka napisała mi mejla z różnymi datami wakacji i miejscami ich spędzania. Jednym słowem - szok!!
To będzie bardzo międzynarodowy rok, coś czuję ;D
Zaraz po moim przyjeździe jedziemy do Paryża :D:D na weekend :D
Banana mam na gębie cały dzień przez to ;D
A tam jeszcze moje baby przecież! Spotkanie na Champs Elysees, czy coś!
Jezu, umieram z podekscytowania! :D

--> Bo w życiu piękne są tylko chwile <--
Za więcej takich chwil, kiedy człowiek śmieje się sam do siebie, dam się pokroić :)

poniedziałek, 13 września 2010

No więc po wczorajszym wnerwie nie pozostało śladu. Ochłonęłam, rozwiązałam umowę z P. (Panie się baaaardzo zdziwiły, stwierdziły że biuro działało bez zarzutu), jestem oficjalnie 5 stów w plecy i nie wiem, czy śmiać się czy płakać...

A poza tym, to jestem w świetnym nastroju:) Żyję już tym wyjazdem, nie mogę się go doczekać:) dziś chciałam załatwić sobie ubezpieczenie, i zaliczyłam małego zonka - wiecie, że firmy takie jak pzu czy hestia wołają 1600 (!!!) złotych za roczne ubezpieczenie przy pobycie za granicą
I najlepsze: ubezpieczenie różni się dosłownie kilkoma detalami od karty np euro<26
Także ciekawie mają :D

A do tego mam dylemat - jak się spakować, żeby nie przeroczyć 20kg.. haha, impossible ;D

niedziela, 12 września 2010

why things change so fast?

Stało się to, czego bałam się najbardziej, że się wydarzy....
Zarezerwowałam bilet do Brukseli, a kilka godzin później dostałam ofertę z Ameryki... Z biura oczywiście...
Jestem lekko podłamana. Tak długo czekałam, żeby coś się zaczęło dziać z tym wyjazdem, a kiedy już zabrakło mi czasu na czekanie i zdecydowałam, że wyjadę do Europy, pojawiają się oni...
Kiedy podejmowałam decyzję o krajach nieco nam bliższych niż USA, moja mama mówiła: zobaczysz, ty wybierzesz rodzinę tutaj, a wtedy ruszy lawina z ameryki.. Śmiałam się z tego, mówiłam: Jasne, nagle mój profil stanie się hitem wśród rodzin... Tak bardzo w to nie wierzyłam, tak bardzo nie chciałam mieć racji..
Generalnie problemu by nie było - rodzina i tak mi się nie podoba, nie poleciałabym do nich.. Ale chodzi o prorocze wręcz słowa mamy... Co, jeśli dalsza część też się sprawdzi, i poza tą jedną rodziną pojawią się inne, a w tym jakaś wyjątkowa?
Nie mam aż tyle zbędnej kasy, żeby kupować bilety a potem je wyrzucać, niestety :(

Mam ochotę użyć jednego, niecenzuralnego słowa wobec całej tej sytuacji... Ale użyję innego..
Cholera jasna no ;/

sobota, 11 września 2010

Details

No więc ochłonęłam, odespałam i mogę zabrać się do napisania czegoś więcej niż dwa słowa euforii:)
Po 95 dniach oczekiwania pełnego mieszanki skrajnych uczuć, wreszcie znalazłam swój match. Nie napiszę, ze jest perfect, bo to się okaże w praniu, ale z całą pewnością mogę powiedzieć, że do tej rodziny poczułam to 'coś', kiedy z nimi rozmawiałam :)
Niestety, sen o Ameryce się nie spełnił (nie w tym roku bynajmniej xD ) i w efekcie wyląduję w miejscu, jakiego najmniej się spodziewałam. Wręcz nawet przez myśl mi ono nie przeszło :)
Lecę do Brukseli, do rodziny francusko- włoskiej, z czwórką dzieci :D haaha, wieem, szalona jestem xD
no ale myślę, ze nie będzie tragedii - dzieci mają 11, 10, 6 i 5 lat, trzy dziewczynki plus chłopak. Pracować będę głównie z dwójką młodszych, starsze są podobno bardzo samodzielne i ja będę jedynie ich taxi serwisem oraz kucharką :)
wiadomo, w praktyce pewnie wyjdzie to inaczej, no ale jest okej :)
czas pracy i warunki wyglądają na bardzo w porządku, życzyłabym sobie żeby tak było na prawdę :D

Lecę już 22 lub 25, także strasznie szybko teraz się będzie wszytsko działo.. Tyle rzeczy do zrobienia, kupienia, ogarnięcia. Aaaaa! Aż się tego boję..
No ale, dam radę! :D
Nie wierzę, że to się wreszcie dzieje! Że i ja się doczekałam wyjazdu :)
Niestety, przypuszczam ze się doczekałam bo zorganizowałam go sobie sama... Tzn olałam biuro i znalazłam rodzinę na własną rękę.
Na biurze bardzo się zawiodłam, muszę się jakoś wykręcić z umowy... Macie rady jak to zrobić? xD
Chociaż w sumie to oni nie dotrzymali warunków umowy, ale wiadomo jak to jest, zawsze winny jest klient ;/

Swoją drogą, ciekawe jak to się dzieje, że agencja nie ma dla mnie żadnych ofert, podczas gdy na stronach dla au pair mój profil dużo skromniejszy budzi spore zainteresowanie...

 Szkoda tylko, że się z Wami dziewczyny w USA nie spotkam :(
Uważam to jak na razie za jedyny minus :P

Doczekałam się :D

Dosłownie dwa słowa :D JADĘĘĘĘ!!! AAAA!!!

Więcej jutro, bo dziś padam :)

wtorek, 31 sierpnia 2010

Don't dream, it's over...

Mój amerykański sen chyba skończy się, zanim się zaczął.. Niestety :(
Brak rodzin zainteresowanych moją osobą, rodzice denerwujący się o zmarnowany rok na studiach, przebłyski racjonalnego myślenia - to wszystko spowodowało, że zgodziłam się wziąść pod uwagę wyjazd do Europy.
Od wczoraj agencja szuka mi rodzin na dwa fronty, jednak wydaje mi się, że to jednak Europa wygra.
Dlaczego? Bo już mam propozycję rodzin, po 1 dniu.. A na Amerykanów czekam 86 dni i nic :(
Jedno wiem na pewno: Stanów sobie nie odpuszczę, nie w tym roku, to za rok lub po studiach (albo i w trakcie) :)
Coś o rodzinie? Są z Włoch, trójka synków w tym jeden noworodek, więc odpadają na starcie.
Już się nawet nie cieszę, że być może uda mi się przeżyć ciekawy rok..

No i wypadało by zmienić adres bloga, nie będzie la dolce vita americano...

piątek, 20 sierpnia 2010

Jednak nie tym razem

No i mój entuzjazm prysł.. Niestety, podobnie jak rodzinka..
Będziemy w kontakcie, miło by było jutro ponownie porozmawiać, taaak..
Znikanie bez słowa to chyba specjalność Amerykańskich host rodzin..
A podobali mi się bardzo :(
Mówi się trudno, znaczy że nie byliśmy sobie przeznaczeni.. Taak, jakoś to sobie muszę tłumaczyć :)
Więc czekam dalej, w nadziei na mój w miarę doskonały match.
A czasu zbyt wiele nie mam.. Oj za rok będzie ciężko.. Było by genialnie zdążyć wrócić przed rozpoczęciem roku akademickiego, bo trochę głupio już na samym początku być spóźnionym.. Chyba że studia poczekają dwa lata xD Ale to wersja, którą raczej bałabym się przedstawić rodzinie..

środa, 18 sierpnia 2010

Let's go!

No to zaczynam swoją karierę bloggerki :)
Zainspirowana blogami innych au-pairek, postanowiłam zacząć opisywać swoją drogę do realizacji celu i spędzenia cudownego roku w USA. Tak, wierzę, że główny tekst reklamowy agencji może okazać się rzeczywisty! W końcu wszystko zależy tylko ode mnie.
Jak to się stało, że postanowiłam wyjechać? Nieustanna chęć kombinowania, zmieniania czegoś wokół, zwiedzania, poznawania nowych miejsc i ludzi pchnęła mnie do tego na pewno. Ale nie tylko. Chcę zacząć swoje dorosłe życie inaczej niż inni, nie interesuje mnie układanie życia na poważnie w wieku jeszcze nastu lat. Nie chcę iść przetartym szlakiem liceum-> studia -> praca -> rodzina. Chcę czegoś nowego! Chcę przeżyć przygodę, póki mam na to czas, chęci. Póki jestem młoda, chcę korzystać z życia i realizować nawet najbardziej nierealne zachcianki! Wbrew wszystkim! Niech gadają i udają zmartwionych moim 'nieudanym' życiem.
Za organizację wyjazdu zabrałam się w styczniu, ale nie było mi dane szybko uwinąć się z papierkową robotą. Długie 6 miesięcy minęło nim otrzymałam meila: Your application has been approved.
I tak 07.06 zaczęłam szukać rodzinki. Jednak znowu moja cierpliwość została wystawiona na próbę..
Mamy połowę sierpnia a ja tego perfect matchu nie mam, ale wierzę, że już niedługo się go doczekam :)
Wprawdzie pojawiły się trzy zainteresowane rodzinki, jednak jedna nie odezwała się w ogóle, druga zadzwoniła, ale na tym się skończyło, a trzecia.. to historia bieżąca :D jesteśmy w trakcie rozmów, ale chciałabym, żeby powiedzieli mi TAK :)
Rodzinka z Great Falls, VA, niedaleko Waszyngtonu :) jedno dziecko, synek pięcioletni, który pół dnia będzie spędzał w szkole :) a na dodatek w okolicy forumowe dziewczyny :)

So, we'll see :)