piątek, 22 października 2010

miesięcznica :)

Dokładnie dziś mija mi miesiąc tutaj, więc przydało by się małe podsumowanie:)

Pamiętam, jak tu przyjechałam, lekko zestresowana, z gorączką od stresu utrzymującą się przez chyba tydzień, przestraszona, bo zamiast angielskiego wkoło słyszę francuski, taka zagubiona owieczka w obcym świecie ;D

Z jednej strony czas ten zleciał błyskawicznie, a z drugiej były momenty, kiedy odliczałam dni do świąt i nie wierzyłam, że dni mijają tak wolno. Do świąt, bo Boże Narodzenie spedzę w Polsce :D jestem przeszczęśliwa z tego powodu - dwa tygodnie odpoczynku od dzieci i spotkanie z wszystkimi, za którymi tęsknię :)
Jeśli chodzi o rodzinę - dalej jest pozytywnie, ale już nie tak różowo jak na początku - wydaje mi się, że ten miesiac był dla mnie z taryfą ulgową, której ważność niestety mija. Zresztą, w końcu muszą wyjść różnice charakterów:)
Ale lubię ich, bo pracuję mało, zarabiam dużo xD jak na europejskie warunki aupairkowe oczywiście :) Host rodziców lubię za jedno - wzięli au pair po to, zeby spędzać więcej czasu z dziećmi. Pracują rano, kiedy dzieciaki są w szkole, moje zmiany zaczynają się popołudniami a kończą wieczorem. I niby wygląda to tak, ze wzięli nianię na czas, kiedy dzieci są w domu, ale nie - ja zajmuję się wozeniem na zajecia pozaszkolne, przygotowaniem obiadu i ogarnięciem kuchni i stołu, a w tym czasie oni grają z dziećmi i kładą je spać. I każde ma swój czas z rodzicem na wyłączność wieczorem.
Ale za to spędzanie całego dnia, od rana do nocy z dziećmi ich męczy ;] wieczorem wręcz padają.. A dzieci mają tak grzeczne i ułożone, że chyba nigdy takich nie widziałam - owszem, szaleć lubią, ale wystarczy jedno słowo rodzica i już jest spokój.
Tyle o pracy, coś o przyjemnościach :D
Może najpierw szkoła - hah, pierwszy raz ujmuję ją jako coś miłego ;D
Jest moim oknem na świat w sumie, dzięki niej mam regularny kontakt z ludźmi :)
Wprawdzie nauka francuskiego nie była nigdy moim marzeniem, ale zaczyna mi się ten język podobać :D jest ciężko, bo jakze by inaczej, uczą nas po francusku, ale po miesiącu widzę efekty, więc jestem zadowolona :)W grupie mam dwie dziewczyny w wieku identycznym co ja, włoszki, mamy plan spotkać się poza szkołą, ale jeszcze nam nie wyszło :) poza tym mam w grupie słowaczkę, rosjankę i dwie babeczki, które mówią po czesku (ale czeszką chyba nie jest ona) i po rosyjsku (z tym że też chyba nie rosjanka) i jak zaczynają rozmawiać w tych naszych słowiańskich językach, to czuję się jak w domu :)
Ogólnie Bruksela jest baaardzo międzynarodowym i multijęzycznym miastem. Francuski, angielski, niemiecki, flamandzki, włoski, hiszpański, różne odmiany arabskiego, rosyjski, nawet polski - to są języku, które słychać non stop i wszędzie. Generalnie, języki europejskie to tu norma, bo w końcu B. to stolica kontynentu :)

Miasto jest bardzo zróżnicowane - niektóre miejsca są na prawdę piękne, jak choćby centrum - pełne pięknych budynków, ulic i alejek. Poza tym parki - chluba miasta. Są na prawdę jego ozdobą i myślę że największym atutem.
Niektóre podmiasteczka (dzielnice) są piękne - zadbane, z klimatem, a niektóre niezbyt zachęcają do odwiedzin. Dziwne ma sie wrażenie, bo jadąc jedną ulicą, Chaussee de Waterloo, mija się odrestaurowane i gustowne kamieniczki wybudowane wzdłuż szerokiego bulwaru obsadzonego drzewami a po chwili przejeżdza się przez wąską ulicę na której kamienice jakby wychodziły na jezdnię, chodnik jest koślawy i wąski, brudny. A po chwili ulica znowu jest bardzo reprezentacyjna. I tak w sumie wygląda całe miasto.
Poza tym, Bruksela ma chyba kompleks Paryża - na expo zbudowali Atomium, tak jak Eiffel swoją wieżę na wystawę światową i przez to nazywają to Atomium brukselską wieżą eiffla - a Eiffel się w grobie przewraca..
Mają też katedrę Notre Dame.. Bardzo podobną do tej paryskiej o dziwo.
A swoją główną aleję zakupową Rue Nueve nazywają brukselskimi polami elizejskimi.. Tu już człowiek się automatycznie uśmiecha, bo jeśli te nieszczęsne atomium i notre dame jakoś się przełknie, to porównanie Champs Elysee do chodnika obudowanego z dwóch stron kamienicami (niekoniecznie ładnymi) w których znajdują się głównie sieciówki takie jak h&m czy zara, no i może dwie knajpki, ale takie szybkościówki w stylu mc'donalda, to chyba mogło się komuś bardzo na haju zdarzyć :) Jedno mają tu lepsze niż w Paryżu - wszystkie stacje metra :)

A z życia prywatnego: powoli zaczyna się ono rozkręcać:D
Moje pierwsze samotne spacery po mieście były na lekkim stresie każdy obowiązkowo z mapką google w rękach (lub przynajmniej w torbie;), z dokładną rozpiską autobusów, metra i tramwajów niezbędnych żeby dotrzeć tam gdzie trzeba. A teraz już potrafię poruszać się bez mapki xD do szkoły i klubu dzieci jeżdżę bez gpsu (haaa xD) generalnie robię postępy ;D
No i jeżdżenie tutaj - pomijając dzisiejszą wpadkę na parkingu (oczywiscie, tutaj wszędzie parkuje się moją ukochaną zatoczką;/ co musiało się w końcu skończyć zarysowaniem auta)uważam, że wczułam się w tutejszy styl jeżdżenia. Wszystko jest trochę szalone, z taką metnalnością należną południowcom, ale kultura jest duża i sympatia na drogach. Normą jest przepuszczenie kogoś, spokojne przeczekanie aż niemota wyjedzie z parkingu czy też na ten parking wjedzie i odblokuje drogę, machanie sobie w podzięce. Takie proste rzeczy, ale ułatwiają jazdę. Kilka rzeczy które różnią się tu od polskich przepisów - pieszy ma zawsze pierwszeństwo, nawet jeśli nie znajduje się na pasach; pierwszeństwo ma zawsze ten z prawej - nie dotyczy tylko głównych dróg, na którcyh są odpowiednie znaki podporządkowania, ale tutaj mając dwie prostopadłe drogi, nie ma pierwszeństwa ten, który jest na prostej i tą prostą jedzie dalej, tylko ten, który wyjeżdża na tą prostą z prawej strony. Więc jadąc prostą drogą, widząc ulicę po mej prawej, muszę zwalniać i sprawdzać, czy nic z niej nie wyjedzie. Takie urozmaicenie. Poza tym, jeździ się tu bez świateł. A światło na którym można jechać nie zawsze jest zielone :)

Coś o kuchni tutejszej - słynnych frytek jeszcze nie jadłam, za to gofry i czekoladę pożeram w zatrważających ilościach.. Czekolada to miłość jeszcze z Polski, nie żeby oni mieli aż tak genialną ;D Ale gofry.. Suchego bym u nas nie tknęła, a tutaj, gofr bez dodatków jest i tak arcydziełem kulinarnym! :D Pyszność!
No i oczywiście piwo tutejsze. Jasne mają niedobre ;D

Z życia towarzyskiego: nie mam go tu zbyt wiele jeszcze, wszystko jest na etapie rozkręcania się. Ale zaliczyłam spotkanie z dziewczynami, które też są aupairkami w belgii, niestety ponad godzinę jazdy pociągiem od brukseli, ale te kilka godzin z nimi było mile spędzonym czasem. Poza tym, mam zaproszenie do Turcji xD z którego raczej nie skorzystam ze względu na zaproszeniodawcę ;D no cóż, nie wszyscy couchsurferzy są fajni ;)
A weekend po spotkaniu operkowo-couchowym postanowiłam, ze wybiorę się na balety ;D
trochę się bałam isć sama do klubu, ale w końcu się odważyłam i nie załuję! Wybawiłam się z fajnymi ludźmi, którzy zabrali mnie na tournee po klubach, które wyglądały jak z filmów - poczawszy od latino, na glamour party skończywszy ;D było warto :)

A robiąc podsumowanie w jak najkrótszej formie: Zaczyna być fajnie :)

2 komentarze:

  1. :) strasznie milo czytalo się notkę :) Dobrze, że wszystko pozytywnie się rozkręca i oby ak dalej!:))
    judd

    OdpowiedzUsuń
  2. sama sie wybrałas do klubu?? łoo podziwiam :D ja tu jestem 3 tygodnie ( jutro będzie równiutkie 3 ) i jeszcze nie odważyła bym sie iśc sama do clubu :P tak w ogóle to sie ciesze ze cos w końcu napisałaś, bo czekałam na relacje!! weź no mi wyslej jednego gofra , zjadła bym :D pisz jak najczęściej :D i trzymaj sie w tym brukselskim świecie :D :**

    OdpowiedzUsuń